spring came!

W ubiegłą sobotę wzięłam udział w Jarych Godach. Jest to święto organizowane, aby przywitać wiosnę. Dlaczego się na nie wybrałam? Bardzo, ale to baardzo lubię poznawać nowe osoby, a takie eventy są idealnym sposobem na to. Nie mogę zaprzeczyć, że trochę się bałam, bo znałam tam tylko jedną osobę. Oczywiście jak zawsze musiałam się trochę spóźnić, ale na szczęście zaczęło się później niż planowano. Na początku, gdy tylko ich zobaczyłam, pomyślałam, że to jakaś sekta. Po środku parku stało ponad 60 osób, którzy wydali się być starsi ode mnie, a na dodatek większość była ubrana w ciemne barwy. Byli metale, zdażył się jakiś menel, trochę skinheadów. Sprawa „sekty” została rozwiązana, ale o tym później. Możecie wyobrazić sobie co czułam ja, kilkunastoletnia dziewczyna, niepomalowana, ubrana normalnie, uczesana i wyglądająca normalnie, ale jednak tak mało pasująca do otoczenia. Na szczęście nie byłam sama, więc czułam się w miarę bezpiecznie.

Obrzęd zaczął się kilka minut po tym jak pdookołam. Przed wejściem do kręgu dostaliśmy instrukcję od osób, które to wszystko prowadziły. Nie można było wejść z alkoholem i papierosami. Zaczyna mi się podobać. Następnie musieliśmy się oczyścić poprzez dym i obmycie rąk i twarzy wodą. Stanęliśmy w kręgu, Dobrawa obeszła nas dookoła rozdmuchując dym, aby złe moce nie weszły do nas i zostały na zewnątrz. Przyznam się, że było to dla mnie dosyć zabawne. Zapomniałam napisać, że cały obrzęd organizowali ludzie, którzy wierzą w słowiańskie bóstwa, dlatego często mówili w typowo słowiańskim języku. Po odpędzeniu tego, co złe, zaczęliśmy żegnać zimę, a witać wiosnę. Do ognia prowadzący wrzucał ofiary dla Bogów, w tym smakołyki ręcznie robione i pitny miód. Następnie dostaliśmy po ugotowanym jajku, którym się stuknęliśmy. Na koniec podpaliliśmy i zatopiliśmy Marzannę oraz złożyliśmy sobie życzenia. Sława nam!

Po obrzędzie rozpoczęła się biesiada/uczta. Pomimo chłodu atmosfera była naprawdę niezwykła. Jedliśmy chleb własnej roboty, różne ciasta, siedzieliśmy przy ognisku i rozmawialiśmy. Około godziny 20:00 większość osób była już mocno pod wpływem alkoholu. Oczywiście ja nie piłam, więc patrzenie na osoby filozofujące o życiu było dla mnie śmieszne. Na noc zostało tylko osiem osób, w tym siedmiu osobników płci męskiej i ja. Było naprawdę bardzo zimno, szczególnie, gdy oddaliło się od ogniska. Jeszcze do tego byliśmy przy rzece, przez którą było jeszcze chłodniej. Do domu miałam około 5 minut, ale po co wracać skoro można się hartować?

Około północy, gdy tylko ja i mój kolega byliśmy trzeźwi, ktoś zadał mi pytanie jak mi się podobało. Owszem podobało, jednak musiałam zadać pytanie czy nie są sektą. Było to dosyć głupie, bo kto otwarcie by się do tego przyznał? Jednak dostałam odpowiedź. Nie jest to sekta ze względu na to, że każdy może tu dojść i nie ma z ich strony żadnego przymusu. „Pomimo tego, że jesteś piękna, każdy ma wyjebane czy tu jesteś.”

Równonoc wiosenna była dla mnie długą nocą i na długo ją zapamiętam. Bardzo zainspirowało mnie to słowiańskie święto, obrzędy i modły. Nie wiem czy wejdę do tego, ale niesamowicie mi się podobało. Już nie mogę się doczekać Nocy Kupały. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Ponoć jeśli się w to nie wierzy, to to nie ma sensu. Jednak moim zdaniem nie trzeba wierzyć, aby poczuć to oczyszczenie i pozytywną energię. Gorąco Wam polecam! Zawsze warto spróbować.

Informacja o stanie

Fatalny „To tylko koniec świata”

W niedzielę wraz z kilkunastoosobową grupą znajomych poszłam do kina na film pt. „To tylko koniec świata” reżyserii Xaviera Dolana. Zorganizowanie takiego wyjścia było jednym z moich zadań na kolejny stopień. Wybrałam jedno z mało komercyjnych kin w moim mieście. Bilet kosztował przy takiej grupie 10 zł, więc teoretycznie mało, a nawet trzy razy mniej niż w takich większych kinach.


Film według opisu na różnych stronach zapowiadał się dobrze. Miał wysoką ocenę, pozytywne komentarze, Grand Prix w Cannes, a do tego był kandydatem do Oscara w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Czego chcieć więcej za taką cenę?

Jednak jak możecie stwierdzić po tytule posta, film niezbyt mi się podobał. Nie tylko mi, ale również moi znajomi po wyjściu z kina mieli zdziwione miny i pytali ” ale tak właściwie o co w tym filmie chodziło?”. W mojej opinii „To tylko koniec świata” jest źle nakręcony, muzyka nie zawsze pasuje do scen, a kadry (pokazujące tylko twarz) oraz światło (nawet na dworze w środku dnia było one za ciemne) wywołują niesmak. Przez ponad 1,5 godziny siedzieliśmy, obserwowaliśmy i momentami śmialiśmy się z niektórych scen. Najbardziej emocjonującym wątkiem były miłość i seks pary nastoletnich gejów.

Ten film jest po prostu denerwujący. Denerwował mnie główny bohater Louis grany przez Gasparda Ulliela i jego małomówność i ciągłe zastanawianie się kiedy powiedzieć rodzinie o nadchodzącej śmierci. Denerwowała mnie laureatka Oscara Marion Cotillard i jej sposób grania zagubionej żony. Okej, denerwował mnie każdy bohater tego filmu, oprócz chłopaka głównego bohatera (był pokazany tylko raz we wspomnieniach) oraz ptaszka, który i tak umarł. Nie, nie, jego latanie i uderzanie o ściany domu też mnie wkurzało.

Może tak na koniec powiem o co chodzi w tym filmie. Otóż główny bohater Louis jest gejem, po 12nastu latach wraca do domu, aby powiedzieć rodzinie, że umiera. Jednak jest sławnym pisarzem i wszyscy myślą, że przyjechał tylko się pochwalić. Bez przeczytania opisu, prawdopodobnie nie zrozumiesz filmu lub źle go zinterpretujesz.

Na szczęście byłam w gronie świetnych osób, a „nieważne jak, ważne z kim”. Możliwe, że na moją złą opinie filmu miały wpływ te dni, albo ten film rzeczywiście tak denerwuje. Najlepiej sprawcie sami, ale nie czytajcie najpierw recenzji ani opisów. W niezrozumiałych utworach zawsze można odnaleźć coś personalnego, tajemniczego i niezwykłego. 🌹📺📀

Informacja o stanie

jak powstaje „to coś” na blogu?

Nie umiem pisać jak mam dobry humor, gdy jestem wśród znajomych i wszystko u mnie dobrze. Moje posty powstają tylko wtedy, gdy dopadnie mnie depresja, mam dość ludzi, przebywania z nimi i utrzymywania kontaktu. Wtedy liczy się tylko moja kanapa, ciepły koc, herbata z cytryną, cisza i książka. Wyłączam telewizor, Messengera, a w tle leci moja ulubiona muzyka, która nadaje ciszy charakter. 

Może ja nie umiem dzielić się radością i pisać o dobrych rzeczach? Może po prostu chce przelać na coś mój żal, smutek i złość. Zatrzymać je w poście i pozwolić wrócić pozytywnym emocjom.

Czasem nie piszę, ponieważ czuję, że mojego bloga czyta zbyt dużo osób, które znam. Wtedy robię sobie przerwę, pozwalam ludziom o mnie zapomnieć, a potem wracam od nowa.

W sumie stresuję się, że ktoś weźmie zbyt bardzo poważnie o czym tu piszę i wykorzysta przeciwko mnie w realu. Kiedyś już miałam taką sytuację i postąpiłam bardzo źle, ponieważ przestałam pisać bloga, w którego wkładałam bardzo dużo czasu, chęci i pieniędzy. Wiem, że osoby, które go krytykowały po prostu mi czegoś zazdrościły, czego nie umiem zrozumieć. Niestety osiągnęły co chciały, a ja już nie zamierzam popełniać tego błędu.

„If nobody hates you, yor’re doing something wrong”~ Dr House

 Teraz odpowiem na kluczowe pytanie tego posta. Jak powstaje to co tutaj czytacie? Bardzo często w łazience, gdy się maluję, czeszę, biorę prysznic. Czasem, gdy jadę autobusem lub na ulicy. Niekiedy zostaje jakaś myśl, którą chce wykorzystać po przeczytaniu książki. Bardzo rzadko, prawie nigdy wśród ludzi na spotkaniach, imprezach lub biwakach. Nie umiem chyba myśleć, gdy z kimś przebywam. To dziwne, ale serio najwięcej myślę tylko, gdy jestem i działam sama.

Tematy na posty rodzą się same i są spontaniczne. Gdy jestem wściekła na cały świat i mam ochotę uciec w Bieszczady, wtedy pojawia się coś niezwykłego. Przemienia się „to coś” w najczęściej czytane posty.

Chcę jeszcze raz przemyśleć co pojawiać się będzie tutaj. Najczęściej przemyślenia, jednak chcę czegoś więcej. Pisałam trochę o radach harcerskich i chyba muszę do tego wrócić, ponieważ takie coś przyda mi się w pracy z dziećmi. Gotowanie pewnie też kiedyś się pojawi. Nie oczekujcie ode mnie zbyt dużo, ponieważ lubię to, ale gotuję bardzo rzadko. Chcę pokazać jak prosto gotować, aby nie być głodnym. 

Prawdopodobnie niebawem pojawi się coś o modzie. Jednak nie takiej modnej modzie, a użytecznej, prostej, taniej i wygodnej. Coś dla kobiet, które nie mają czasu ani pieniędzy modnie się ubierać. Sam tytuł serii „Jak się (nie) ubierać” wskazuje, że nie będzie to coś zwyczajnego. Jednak najpierw chciałabym porządnie to dopracować, więc pierwszy post pojawi się pewnie za dopiero dwa miesiące.

Życzę sobie powodzenia w tym co robię.🔌

Informacja o stanie

Żółte zęby, uszkodzone dziąsła i rak płuc. 

Ostatnio na instagramie mój znajomy dodał zdjęcie swojej paczki fajek z podpisem „co jest z moimi fajeczkami?”. Myślałam, że tylko jedna firma zmieniła wygląd opakowań. Poszłam na jakąś domówkę, patrzę, a tu jeszcze inne „obrzydliwe zdjęcia” na paczkach innych firm. Zrozumiałam, że to pewnie jakaś nowa akcja, żeby ludzie przestali palić. Najpierw były napisy mówiące, że palenie zabija, a teraz zdjęcia dziąseł i krwi.​

Spytałam mojej mamy, która pali grubo ponad 20 lat czy to ją obrzydza. Odpowiedź była jedna: „Nie patrzę na to, tylko wyciągam papierosa i palę”. W ten sposób zachowuje się chyba większość osób palących. Przecież nie kupujemy książki dla okładki, ani papierosów dla opakowania. 
Nie mam pojęcia co mogłoby być wystarczająco odstraszające, aby ludzie rzucili swój nałóg. Chyba tylko poważna choroba może pokazać, że palenie jest niezdrowe i nie służy zdrowiu. Jednak wtedy najczęściej jest już za późno na decyzje o zmianach.

Uważam, że jedyną formą, aby ludzie nie palili jest po prostu zaprzestanie sprzedaży wyrobów tytoniowych. Jednak jeśli coś jest zakazane jest jeszcze bardziej kuszące, więc i tak papierosy szybko by nie zniknęły. 
Poza tym wszytko jest dla ludzi. Jeśli chcemy się truć, to się trujmy. W końcu na coś trzeba umrzeć. 

Żółte zęby, uszkodzone dziąsła i rak płuc. 

Ending freedom. 

Bardzo powoli kończą mi się ferie. Dlaczego czas, który spędzam w szkole nie mija mi tak szybko, jak ten spędzony z przyjaciółmi czy w domu? Miałam w sumie tylko jedno postanowienie na ten wolny czas: nie zmarnować go. Myślę, że wykorzystałam go w miarę produktywnie i nie mam czego żałować. Ostatnie cztery dni wolności zamierzam spędzić dość spokojniej. W piątek skończy się obóz, w weekend rusze książki, wyjdę do pubu ze znajomymi oraz pójdę na basen.

W sumie pewnie zastanawia Was jak spędziłam moje ferie. Otóż w pierwszym tygodniu nie było mowy o spaniu do południa. Byłam na obozie harcerskim na Wyżynie Śląskiej. Spędziłam tam magiczne chwile i jeszcze bardziej zakochałam się w harcerstwie. „Zwykły” cywil tego nie zrozumie, więc po prostu nie zadawajcie pytań typu „dlaczego?”, tylko spróbujcie sami. 🙂 

Niestety mały ciągle kaszlący na mnie zuch, zaraził mnie i teraz ciągle jestem przeziębiona. Należę do tych osób, które nienawidzą być chore, dlatego rozpaczam i mam nadzieję, że kaszel i katar szybko miną. 

Drugi tydzień spędzam na kolejnym obozie harcerskim, tylko ten polega na tym, że śpimy w swoich domach i spotykamy się codziennie w ustalonych miejscach i tam mamy zajęcia. W sumie nie narzekam, ponieważ przynajmniej pokonałam swoją słabość i poszłam na gokarty, których wcześniej bardzo się bałam. Bardzo spodobała mi się ta nutka adrenaliny, gdy dodaję gazu, więc już nie mogę się doczekać zdawania na prawo jazdy.  
Plany na weekend już opisałam, a wy jak spędzacie wolny czas? Czy może ferie was już nie dotyczą lub na nie czekacie? 

Ending freedom. 

17 postanowień na 2017 rok.

2016 był dla mnie rokiem pełnym wyzwań. Moje zeszłoroczne postanowienia spełniły się w ponad 90%, z czego jestem bardzo dumna. Dlatego również w tym roku postanowiłam stworzyć „to do list”. Z niektórymi rzeczami może być ciężko, ponieważ ten rok zapowiada się być bardzo pracowitym. Lubię mieć ambitne zadania i nie siedzieć w domu, w którym człowiek po prostu umiera. Dlatego też na 2017 przygotowałam 17 postanowień, które dotyczą rodziny, szkoły i harcerstwa. Nie stawiam sobie nigdy celów, których realizacja byłaby niemożliwa. Każdy jest inny, każdy ma inny światopogląd i możliwości. Dlatego też nie warto patrzeć na to, co chcą w życiu osiągnąć inni, a patrzeć tylko na swoją drogę. 

  1. 1/2 razy w tygodniu chodzić na basen i/lub biegać. 
  2. Raz w miesiącu chodzić do kina/teatru z kimś z rodziny. 
  3. Pójść na 5 koncertów. Tak najbardziej chciałabym pójść na koncert domowych melodii, Organka, Taco Hemingwaya i Ostrego. Jeśli muzyka to również powiększenie mojej kolekcji płyt. 
  4. Zamknąć próbę na naramiennik wędrowniczy i HO. 
  5. Nie spóźniać się do szkoły. 
  6. Jeść fastfoody max 4x/miesiąc. Niestety mam mało czasu na wszystko, a to i tak będzie wyzwanie przy moim trybie życia. 
  7. Wysypiać się. Spać minimum 7 godzin dziennie.
  8. Być bardziej systematyczną i ogarnietą. 
  9. Skończyć obecną klasę z paskiem. Niestety obawiam się, że może to być niemożliwe, ale postaram się. 
  10. Nie popełniać tych samych błędów. Być kreatywnym i zacząć popełniać nowe. 
  11. Zebrać 1000 złoty, które w 2018 roku przeznaczę na coś ciekawego.
  12. Jak co roku – zero smutku, złości i spin. Radość nawet z najmniejszych rzeczy.
  13. Ukończyć kursy, m.in. pierwszej pomocy, animatorów zabaw i drużynowych zuchowych. 
  14. Czytać 3 książki na miesiąc. 
  15. Spędzać mniej czasu na social mediach, a poświęcać ten czas czemuś bardziej wartościowemu.
  16. Walczyć ze swoimi wadami i pielęgnować zalety.
  17. Starać się być każdego dnia lepszym człowiekiem, a przede wszystkim być sobą. Co może się wykluczać, ponieważ z wiekiem jestem coraz bardziej chamska. 

Nie wiem co będzie za rok. Nie wiem jak potoczy się moje życie. Jednak chciałabym się trzymać tych postanowień i je realizować. Mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy niż poprzedni. Życzę Wam wszystkiego co najlepsze, zdrowia, spełnienia marzeń i znalezienia drogi, którą chcecie podążać. 

2017 be better, please. 

17 postanowień na 2017 rok.

„Witaj dziadku!” – czyli jak poczuć ducha. 

Wiem, że ten post miał być o pierniczkach. Jednak stwierdziłam, że podawanie przepisu bez potwierdzenia zdjęciami i dokładnym sprawdzeniu jest bez sensu. [Bo piec nie mogę] Dlatego postanowiłam przełożyć to na za rok.


Wigilia. Godzina przed północą. Jestem sama w domu. Rodzice gdzieś wyszli. Czuję go. Za drzwiami słyszę zamykającą się szafę. Wychodzę. Nikogo nie ma. Za oknem pogoda wydaje się normalna, nie ma dużego wiatru. Jednak telewizja wyłącza się sama. Brak sygnału. Nie wytrzymuję. Dzwonię do mamy. Oczywiście zapomniała telefonu. Piszę do znajomych. Zapalam świeczki, gdyby jakimś cudem zabrakło prądu. Włączam płytę Nirvany. Jest lepiej, ale nadal tu gdzieś jest. Płyta leci już trzeci raz. Wracają rodzice. Jest lepiej. Ustępuje. Boję się.

Rok temu umarł mi dziadek. W wigilię do mnie przyszedł. Nie wiem czemu. Nie wierzę w takie rzeczy. Może był zły, bo nie byłam na grobach w święto zamarłych. But I don’t celebrate any festivals. Wiem, że to był on. To śmieszne. Chcę zapomnieć.

Post napisany drugi raz. Z tamtym nie wiem co się stało. Opisana sytuacja wydarzyła się naprawdę.

„Witaj dziadku!” – czyli jak poczuć ducha.